Search
  • Agnieszka Dixon

8:22 do Lublina


Migają wsie podlubelskie w oknie autokaru, pola obsadzone oziminą i kołtuny jemioły na nagich drzewach. Brzydkie domy zaczynają leniwie popuszczać dym z kominów, rodziny szykują się na poranne nabożeństwo. Obfite śniadanie będzie nagrodą za godzinny letarg w nieogrzanym kościele.

Przystanek w Biłgoraju, zapomniany Isaac Bashevis Singer siedzi na skwerku za bankiem. Nikt nie wie, skąd się tu wziął ani po co przysiadł. Kim jest ten pan mamo? Może wynalazł maszynę do szycia? Albo pisarz, Żyd, sławny człowiek z Biłgoraja. Nie rozsławił nas tym Noblem, wzgardził polszczyzną, wyrzekł się nas, więc puśćmy go w niepamięć.

Singer macha nam na pożegnanie i woła:

עס איז שטענדיק אַ ברירה און אַלץ קענען זיין באַקומען

אַזוי לאַנג ווי עס איז אַ וועט

„(…) zawsze ma się wybór i wszystko można przezwyciężyć, byle istniała wola po temu.”

Za Biłgorajem odrapana chałupka, wyblakły tynk, pochylony płot. Drzewa w sadzie wysypują się na zaorane pole. Ktoś tu żyje bardzo skromnie, być może marzy o murowanym pałacu w polu kapusty i własnej chlewni. A być może nie marzy o doczesnych luksusach wcale. Może tęskni za ludźmi, którzy odeszli, pozostawiając po sobie skrawki kolorowych wspomnień. A może nie tęskni wcale, może czuje ulgę po odejściu tych, którzy współtworzyli piekło domowego ogniska.

Kilka kilometrów dalej dwa domy przytulone do siebie, jeden stary, jeden też już niemłody, ale wciąż nieotynkowany. Jak stary kawaler przytulony do matki, która zazdrośnie chowa go przed światem. Słoik kiszonych ogórków, trzeba mieć zapas na chude lata. Woda mętnieje, ogórki bieleją i nieotwarty słoik wyląduje w kontenerze, do którego wyrzucą śmieci po zmarłej matce. Kapę w tulipany kupioną na początku lat dziewięćdziesiątych na bazarku od przybyszy z gorszego świata, plastikową, pożółkłą deską do krojenia, magnetofon Grundig i kasetę z piosenkami Rynkowskiego, dziurawe walonki.

W Goraju rynek dumnie przystrojony sztucznymi kwiatami i wybrukowany nowiutką, czerwoną kostką. Żółty szlaczek otula skwerek, trzy zgrabnie przycięte tuje wypatrują łobuzów z puszkami farb w sprayu, miejscowe pijaczki wyniosły się na inną, mniej elegancką ławkę. Tu, w Goraju był niewielki majątek i stajnie, w których na początku lat dwudziestych powiesił się niejaki Wacław, osierocając małego chłopca, który osiemnaście lat później poszedł na wojnę i jakoś pomiędzy obminowywaniem mostów, strzelaninami, obozem jenieckimi i więzieniem spłodził sześcioro niespokojnych dzieci, które wydały z siebie następne pokolenia poszukiwaczy sensu, skłóconych z życiem pijaków, karierowiczów, idealistów i marzycieli.

Do autokaru wsiadają dwie kobiety o zaciętych twarzach, puchate czapki na głowie przywołują na myśl moherowe berety. Są w nieokreślonym żono-matkowym wieku, za młode na babcie, za stare na kochanki. Ciało jeszcze nie całkiem zwiotczało, ale już zażenowane oznakami własnego starzenia. Jakby takie jabłko z pomarszczoną skórką wstydziło się siebie, albo róża z pożółkłymi płatkami. Przypominają mi się słowa małego chłopca, wiele lat temu. Mówi to niej: „ty jesteś taka piękna ciociu, jak zwiędła róża”. Wszyscy się śmieją, jaki dowcip, jaka konsternacja, jaki lapsus. Ale ja wiem, że mój mały chłopiec widzi piękno w jednym ze swych nieoczywistych stadiów. I ja, kiedy byłam bardzo młoda, zobaczyłam w Tele-Tygodniu zdjęcie znanej aktorki, podstarzałej, czterdziestoparoletniej. Ach, jak czekałam na te zmarszczki, na te piękną, dojrzałą geomorfologię twarzy. A teraz chcę być znowu gładka jak Ewa Farna i mieć jędrne, sterczące do nieba piersi.

Zbliżamy się do Lublina, domy bogatsze, betonowe płoty strzegą tajemnic właścicieli. Ten beżowy dom z fantazyjną podmurówką a la kamień górski i z trampoliną na gładkim podwórku wybudowano za pieniądze ze sprzedaży mieszkania w kamienicy przy Placu Po Farze. Tuż koło kościoła, którego nie ma. Nie ma też żydowskiej rodziny, która mieszkała tam przed wojną. Zabrali ich dobrzy chrześcijanie, tacy, co to w każdą niedzielę bogu obiecywali, że nie będą zabijać, nie będą kraść, nie będą pożądać żony bliźniego swego, ani żadnej rzeczy, która jego jest. Zawieźli ich do Bełżca, wepchnęli do celi, posypali trutką na ludzi, wrzucili do pieca i cyk. Żydzi z Placu Na Farze wylecieli kominem do swojego nieba, zapewne odczuwając ulgę, że nie osierocili dzieci, że pozwolono im zabrać je ze sobą do tego klezmerskiego raju, pełnego pierogów z gęsiną i cymesu, gdzie wszyscy noszą pozłacane pejsy i trwa wieczny szabat. L’chaim, chrześcijanie! Na nasze wieczne życie, za naszą śmierć. Zostawili to mieszkanie przy Placu Na Farze i trochę złota, które rozjechało się po świecie. Po wojnie zamieszkała tam polska rodzina, z przydziału dostali, nawet przestronne. On w gorzelni Wrzodaka pracował, przy ulicy Bychawskiej, a ona była krawcową. Dzieci miały lepiej, dostały punkty za pochodzenie, wyższe szkoły pokończyły, córka nauczycielka, syn inżynier. Ona dzieci historii uczyła, słowo „holokaust’ jakoś tak obco, nieporęcznie brzmiało, więc uczyła, że w czasie wojny zginęło 6 milionów obywateli polskich. On po wolnych wyborach razem z kolegami sprywatyzował swój zakład pracy i wykupił mieszkanie po rodzicach. Sprzedał je potem developerom z Warszawy, do remontu. Podobno Żydzi z Ameryki chętnie mieszkania w Lublinie kupują, za dobre pieniądze. Żydzi wiadomo, bogaci, a jeszcze pieniądze z nas wysysają. Jak? Tak, jak zawsze, banki trzymają. Potem się dziwić, że u nas kukły palą.

Mnie to wcale nie dziwi, musimy znienawidzić swoje ofiary. Inaczej znienawidzilibyśmy samych siebie.

Słyszę głos, to kierowca zmaterializował się przy moim fotelu: „Tak stuka na tym laptopie, że nie zauważyła, że my dojechali. Spokojnie, niech się ubiera. Walizkę jej wyciągnę z bagażnika.”

Patrzę na zegarek, 10:00, jest jeszcze bardzo wcześnie.


0 views

© 2023 by Knoll & Walters LLP. Proudly created with Wix.com

  • Facebook Social Icon
  • LinkedIn Social Icon