Search
  • Agnieszka Dixon

O tym, jak wierzymy

Przekonanie, że nasze wierzenia są faktem mają charakter psychozy w przypadku jednostek i fanatyzmu w przypadku społeczeństw

Chodzi mi po głowie mroczny temat wiary, która przejawia się w akcie destrukcji. Myślę o tym intensywnie od kilku dni. Zradykalizowany, młody chłopak wychodzi z więzienia i zostaje zastrzelony przy próbie aktu terrorystycznego. Chciał zginąć jak męczennik, za swoją wiarę i tak się stało. Został zastrzelony przy próbie zamordowania ludzi, którym przypisał inne, niż swoje przekonania. Kolejna taka sprawa.


Nie chcę dyskutować przekonań religijnych; religia jest czymś innym niż wiara i zostawię ten temat teologom. Śmierć chłopaka jest jednak ekstremalnym przykładem na to, jak silne potrafią być nasze wierzenia i przekonania. Bywa, iż jesteśmy gotowi zapłacić najwyższą cenę, aby je ocalić. Dlaczego?


Osiemnastowieczny szkocki filozof, David Hume był sceptykiem. Zalecał testowanie rzeczywistości i niebranie niczego za pewnik. Nawet jeśli trzymasz w ręku flintę, pisał, naciskasz spust i słyszysz huk, nie bądź pewny, że twoja strzelba jest jego źródłem. Być może złośliwy służący stanął tuż za tobą i nacisnął spust w tym samym momencie, stwarzając iluzję, że huk pochodzi od ciebie. Mało prawdopodobne, ale przecież możliwe.

Hume twierdził jednak, iż istnieje obszar, w którym nasz sceptycyzm traci swoją moc. Są to wierzenia/przekonania naturalne (natural beliefs), wspólne wszystkim ludziom i nie podlegające dyskusji. Jest to na przykład wiara w istnienie świata fizycznego, zewnętrznego i naszego wewnętrznego, mentalnego kosmosu.


O tym, czym jest wiara, pisano od wieków, w moim rozumieniu jest to pewność, że coś istnieje (lub jest prawdziwe) mimo braku dowodów na taką egzystencję. Na przykład UFO albo bóg lub jego brak; szlachetna natura człowieka lub jego wcielone zło. Nie musimy wierzyć, że słońce jest, bo je widzimy, nie trzeba aktów terrorystycznych, żeby udowodnić, że istnieją ludzkie łzy.


Brytyjski psychoanalityk, Ronald Britton pisze o tym, że traktujemy (lub mamy tendencje do takiego traktowania) nasze wierzenia i przekonania jak fakty. Jest to w pewnym sensie logiczne. Istnienie słońca jest pewne, bo udowodnione empirycznie, a zatem jest faktem. Istnienie UFO, jeśli w nie wierzymy, jest wewnętrzną pewnością, a więc ma dla nas znamiona faktu (tak, jak dla Trumpa faktem jest, iż niesprzyjające mu media są fuj, przepraszam, fake). Nie ma co szukać daleko w kosmosie i powoływać Marsjan na świadków. Istnienie boga jest dla wielu ludzi odczuwane jako wewnętrzny fakt, niestety bywa, że wynikają z tego smutne konsekwencje, o czym uczy nas historia chrześcijańskiej Europy.


Działająca od XIII do XIX wieku Wielka Inkwizycja miała za zadanie bronić papieskiej doktryny o nieomylności kościoła katolickiego, który przyjął za fakt nie tylko istnienie boga, ale również przekonania o tym, że wiemy, czego On (zawsze złości mnie, że nie Ona) chce: jednomyślności wśród wiernych i zaprzestania prób testowania rzeczywistości, przyjęcia na wiarę prawd głoszonych przez kościół. Heretycy, którzy próbowali popatrzeć na boga z innej niż katolicka perspektywy lub nawet dodać parę swoich przekonań do długiej listy Pewników Religijnych (czyli przekonania o tym, że bóg istnieje, ma umysł i my ludzie mamy do niego pełen dostęp, a wręcz potrafimy czytać mu w myślach, a nawet wyprzedzać jego życzenia), musieli zginąć. Zamierzyli się na Wiarę, a ponieważ Wiara nie obroni się sama, bo nie dysponuje narzędziem egzystencji fizycznej, czyli pięścią, ktoś musi wystąpić w jej imieniu.

Gdyby Galileusz ogłosił, że udowodni istnienie słońca, uznano by go z nieszkodliwego wariata. On jednak zamierzył się na zmianę przekonania, że ziemia jest centrum wszechświata, stworzonego w prezencie od boga dla człowieka, i że planety widoczne na niebie krążą wokół nas jak koniki na karuzeli. Swoją drogą, takie przekonanie jest identyczne z dziecięcą wiarą, że jedynym sensem istnienia rodziców jest zaspokajanie naszych potrzeb. Wracając do Galileusza, wspomniał on nieopatrznie, w liście do swojego przyjaciela, że być może warto potraktować ustęp z Biblii o wznoszącym się i opadającym słońcu metaforycznie. To rozwścieczyło kościół katolicki i doprowadziło do śmierci Galileusza. Kardynał Barberini, przyszły papież Urban VIII i główny architekt zbrodni, oskarżył Galileusza o heretyzm i uzasadnił to jego próbą „interpretacji” Pisma. Nawet jeśli istnieją przesłanki, że teoria heliocentryczna jest prawdziwa, twierdził, dopóki teza kopernikańska nie zostanie udowodniona, jedyną obowiązującą prawdą jest to, co zapisane w Piśmie.

Galileusz spłonął, Wielka Inkwizycja została rozwiązana jakieś dwieście lat później, aby powrócić w XX wieku pod postacią Gestapo, NKWD, Bezpieki, SB czy Stasi – strażników nowych świeckich religii totalitarnych: faszyzmu i komunizmu.

Chociaż dżihad, czy „święta wojna”, nie jest organizacją i nie ma charakteru zinstytucjonalizowanego, jego założenia są takie same jak przypadku wymienionych służ tzw. bezpieczeństwa. Dżihadyści tępią niewiernych kafirów podobnie jak Wielka Inkwizycja heretyków, a NKWD kontrrewolucjonistów. Nazwanie tego typu instytucji służbami bezpieczeństwa nosi znamiona paradoksu. Maja one na zapewnić bezpieczeństwo przetrwania idei, która nie istnieje fizycznie, za cenę narażenia na niebezpieczeństwo, tego co fizyczne, czyli ludzkiej egzystencji.


Przekonanie, że nasze wierzenia są faktem, pisze Britton mają charakter psychozy w przypadku jednostek i fanatyzmu w przypadku społeczeństw. Czasami są nieszkodliwe, jak wariat, który wierzy, że księżyc się do niego uśmiecha, więc macha mu z okna swojej sypialni. Kiedy jednak tenże księżyc przemówi i nakaże wariatowi podpalić dom sąsiada, robi się bardzo niebezpiecznie. Jednostki zamyka się w szpitalach, narody idą na wojnę. Niektóre idee i religie wydają się niewinne i łagodne, inne krwiożercze. Być może nie zależy to wcale od tego w co wierzymy, ale kim jesteśmy i jak wierzymy. Jeśli jednostka lub społeczeństwo ma poczucie braku wewnętrznej stabilności, uznaje swoje wierzenia za fakt, a tym samym kreuje nową, bezpieczną rzeczywistość. Jeśli człowiek nie ma przekonania, że jest kochany i bezpieczny, musi stworzyć boga, który będzie go kochał i zapewni wewnętrze bezpieczeństwo, ochroni go przed wszystkim, nawet przed śmiercią, przez obietnicę życia wiecznego. Zwłaszcza w sytuacji zagrożenia (zewnętrznego lub wewnętrznego) musimy za wszelką cenę ocalić w sobie naszego wszechmocnego boga-opiekuna, musi on stać się faktem, a każdy, kto zamierzy się na naszą prawdę musi zginąć.


Źródłem każdej psychozy, a więc również zbiorowej w postaci fanatyzmu, jest lęk, wszechogarniająca trwoga, że jesteśmy na świecie sami, mali, nieważni. Jak pisał duński filozof Soren Kierkegaard człowiek jest istotą tragiczną, aspirującą do nieskończoności, lecz żyjącą w obliczu skończoności. Istnienie samodzielne, na własny rachunek i bez obietnicy nagrody życia wiecznego za przyjęcie wierzenia za fakt, jest ogromnie trudne. Takie życie, nawet jeśli spełnione, upływa pod znakiem smutku, czasem depresji. Ucieczka do ideologii jest ucieczką od wewnętrznej wolności i radości poznawania świata. Przyjmując przekonanie za fakt, stajemy się jednocześnie zakładnikami własnej wiary i agentami naszej wewnętrznej bezpieki, która szuka sygnałów kontrrewolucji, jak na przykład chichranie się w kościele – każdy we, że to nie wypada, bo bóg tego nie lubi.


Jeśli zaczynamy być sceptyczni wobec siebie i nie mam tu na myśli tylko wierzeń największego kalibru, czyli religijnych i politycznych, ale także tych najmniejszych, jak to, że grube kostki są brzydsze od szczupłych, a opera lepsza od disco polo, to wystawiamy siebie na niebezpieczeństwo wewnętrznej wolności, takiej która pozwala nam odkrywać w sobie i w innych nieznane lądy, możliwości. Obalenie przekonania, że kobiety mają podrzędną rolę wobec mężczyzn było tak samo rewolucyjne jak udowodnienie tezy kopernikańskiej. Kosztowało wiele bólu, wiele żyć, ale otworzyło nas, ludzi, na nowe i uwolniło od więzów społecznych oczekiwań. Nie tylko my, kobiety możemy głosować, pracować i czerpać przyjemność z seksu, ale także mężczyźni mogą przestać grać rolę kolosów na glinianych nogach. Frustracja mężczyzn, obciążenie rolą nieomylnych mędrców i siłaczy, zrzucanie na nich odpowiedzialność za byt rodzin i narodów, też doprowadziło do wielu tragedii. Przede wszystkim obciążeni rolą mężczyźni musieli wzmocnić boga, uczynić go figurą potężniejszą od nich, co otworzyło drogę do fanatyzmów religijnych. Obalenie przekonania, że kobiety są podrzędne wobec mężczyzn otworzyło nas na współodpowiedzialność i zwolniło boga z obowiązku bycia faktem, a nie przypuszczeniem.


Na zakończenie tego, być może przydługiego wywodu, chciałabym jeszcze dodać, iż głęboko wierzę (sic!) w to, że nasza zdolność do konstruowania bytów nie potwierdzalnych empirycznie jest cudowną cechą naszego umysłu. Ma nawet swoje nazwy: polską wyobraźnię, grecką fantazję i łacińską imaginację; wszystkie oznaczają tworzenie obrazów mentalnych. Pytanie tylko, czy musimy za wszelką cenę udowadniać, że nasze obrazy mentalne są faktami?


Nie jest moją intencją zaatakowanie wiary samej w sobie. Wyobraźnia pomaga nam przetrwać trudne chwile, jak Guido z filmy „Życie jest piękne”, który, aby przeżyć horror obozu koncentracyjnego tworzy dla syna, ale i dla siebie, piękną iluzję zabawy w chowanego. Poza tym, jeśli nie ma pewności czy bóg istnieje czy nie, nie pozostaje nam nic innego, jak tylko potraktować go jak kota Schroedingera, czyli poczekać do momentu otwarcia skrzynki. Kto nie zna eksperymentu Schroedingera, niech wygoogluje, ja mówię tutaj o śmierci.


Mamy zdolność tworzenia obrazów mentalnych więc, korzystajmy z niej, byle mądrze. Nie jest ważne, w co się wierzy, tylko jak się wierzy. Dwie potężne postacie XX wieku czerpały inspiracje dla swojej ideologii z tego samego źródła. Zarówno Freud jak i Hitler byli zainspirowani filozofią Nietzschego, obaj wykorzystali tą samą ideę Ubermensch w inny sposób. Hitler poprzez rozumienie dosłowne (jak kardynał Barberini wędrówki słońca po niebie) i podszycie się pod obraz nadczłowieka, co zaowocowało wyprojektowaniem na miliony „podludzi” całego zła tego świata i ich unicestwieniem. Freud przyjął, że nadczłowiek żyje głęboko w naszej psyche, w postaci nieodkrytych możliwości, w podświadomości, przywalony lękami, konfliktami, nerwicami, i że poprzez pracę nad sobą i nieustępliwe branie odpowiedzialności za własną agresję, zawiść i chciwość jesteśmy w stanie dotrzeć do naszego wewnętrznego Ubermensch, który ochroni nas przed trwogą nieistnienia.


I tym akcentem kończę i zabieram się za studiowaniem Nietzschego. Ciekawe, co z tego wyniknie.

0 views

© 2023 by Knoll & Walters LLP. Proudly created with Wix.com

  • Facebook Social Icon
  • LinkedIn Social Icon