Search
  • Agnieszka Dixon

Puste ulice, uśmiech budowlańca i łzy


Parapet okna w mojej londyńskiej sypialni służy mi za toaletkę, nakładam tusz i suszę włosy, obserwując z pierwszego piętra biegających w pośpiechu ludzi, łapię przelotny kontakt wzrokowy z upakowanymi jak sardynki pasażerami autobusu nr 26 do Waterloo, który przejeżdża tak blisko, że gdyby się zatrzymał, mogłabym przez otwarte okno podać siedzącemu na górnym deku pasażerowi filiżankę herbaty.


W każdą środę około 7.40 rano z bocznej uliczki wyłania się młody, masywnie zbudowany chłopak o azjatyckich rysach twarzy, może Wietnamczyk lub Chińczyko-Irakijczyk? Od początku marca nosi czarną maskę, która nadaje mu wygląd rysunkowej postaci z japońskiej Mangi.


W poniedziałki i wtorki wychodzę z domu nieco później, tuż przed dziewiątą. Na ulicy jest pełno dzieci rozbiegających się do lokalnych szkół. Moją uwagę zawsze przykuwa czarnoskóra, potężnie zbudowana młoda matka i krążące wokół niej, jak mini planetki po orbicie słońca, dwie małe dziewczynki z kokardkami na głowie. Tuż na nią kroczy bosonogi hipster w klapkach, prowadzi odrapany rower, na ramie którego siedzi zasmarkana dziewczynka. Za nimi drepcze nieco starszy, może 7-letni chłopiec, z przydługimi włosami i w pomiętym mundurku.


Nieco później przyjeżdżają budowlańcy, zwykle robią klika rund wzdłuż osiedla, aż uda im się zaparkować potężny van w dogodnym miejscu. Czasem mnie złości, że zabierają tyle miejsca na ulicy, i że zbyt gromko się śmieją. Przez chwilę stoją na chodniku, popijając parującą kawę z termosów, pokrzykują, kopcą papierosy, aż wreszcie znikają w szkielecie potężnego apartamentowca, który kradnie mi światło w mieszkaniu.


Ostatni tydzień jest jakiś inny, suszę włosy przy oknie, na ulicy pusto. Nie ma chłopaka-Mangi w czarnej masce, ani Matki Słońca z rozbieganymi dziewczynkami, ani niefrasobliwego Hipstera z przybrudzonymi dziećmi. Autobusy przyjeżdżają rzadko, na górnym deku nikt nie siedzi, czasem mignie jakaś postać ze spuszczoną głową. Czekam na budowlańców, czyżby i oni się poddali?


Wychodzę przed dom, jeden z budowlańców wyłania się ze szkieletu apartamentowca, który ukradł mi słonce, a za nim jeszcze dwóch. Na coś czekają. Jeden z nich patrzy na mnie ze smutnym uśmiechem na twarzy. Nie nosi maski.

- W porządku?

- W porządku, odpowiadam.

- Nie ma ludzi. Straszne czasy, mówi.

- A wy jeszcze pracujecie? Pytam.

- Nie mamy wyjścia, mówi. Boimy się, ale szefostwo na górze kazało przyjść. Co robić. Pani też do pracy?

Patrzy na mnie i zauważa moją niebieską smycz z logo NHS.

- Pracuje pani w NHS! Jesteście bohaterami, mówi i ma łzy w oczach. Potem woła do kolegów: „Ta pani jest z NHS!”

Jestem wzruszona, ale mam potrzebę sprostowania, nie ratuję żyć na przepełnionych oddziałach intensywnej terapii.

- Ja pracuję w sektorze zdrowia psychicznego, wyjaśniam.

- Was też potrzebujemy i to bardzo, w tych szalonych czasach trudno nie odejść od zmysłów.

Uśmiecham się, a trzej budowlańcy odpowiadają mi uśmiechem. Wsiadam do samochodu, a kiedy odjeżdżam wszyscy trzej machają mi na pożegnanie.

Skręcam w Valentine Road. Po policzkach płyną mi łzy.

162 views

© 2023 by Knoll & Walters LLP. Proudly created with Wix.com

  • Facebook Social Icon
  • LinkedIn Social Icon