Search
  • Agnieszka Dixon

Wyjście Nr 8


City of London, stacja Bank. Szukam wzrokiem Wyjścia Nr 8, które prowadzi do gregoriańskiej kamienicy przy ulicy Królowej 28, gdzie mieści się mój gabinet. Dzisiaj jadę z północnego Londynu, inną niż zwykle linią metra. Wyjście Nr 8 chowa się przede mną, podążam za tłumem. Mam jeszcze 23 minuty, jestem zaniepokojona. Zgubiłam się na stacji Bank niejeden raz, właściwie zawsze się tu gubię, o ile nie znajdę Wyjścia Nr 8.

Błądzę w podziemiach Londynu, w brzuchu tego gargantuicznego potwora, który codziennie rano pożera dwa miliony pasażerów, trawi ich w swoich jelitowych liniach, wysysa ich energię, pasie swoje cielsko ich snami, myślami, marzeniami, pomysłami, a potem wypluwa ich na stacjach metra, niezauważalnie zmienionych, zmęczonych, pustych w środku, żądnych nowych wrażeń, emocji, które zostaną zassane przez głodnego potwora podczas podróży powrotnej.


Wyjście Nr 8 ukryło się przede mną. Po ruchomych schodach wypływam z tłumem na powierzchnię, na zewnętrzną stronę Londynu. City grzmi szarością kamieni i szkła, niebo potulnie synchronizuje się kolorami miasta. Stoję na wyszlifowanej podeszwami drogich butów płycie chodnikowej i rozglądam się w poszukiwaniu Karalucha – tak nazywam pofałdowaną szkaradę, która znajduje się po drodze z Wyjście Nr 8, tuż za Starbucksem ulokowanym w niskim kościółku. Rytuał nieco się zmianił, ale kościół w dalszym ciągu spełnia rolę świątyni, domu boga. Freelancerzy modlą się przed obrazem Jabłka, a komunią jest bezglutenowy muffin popity latte lub karmelowym coratdo. Tuż za Sarbucksem, w Karaluchu jest mały Waitrose, ulubiony sklep Królowej. Ja też go lubię, kupuję tu po drodze coś na podwieczorek, maliny i wafle ryżowe oblane mleczną czekoladą. Nie widzę Karalucha, niełatwo go zobaczyć z daleka, jest niski, nie ma nawet dwudziestu pięter, chowa się za szklanymi biurowcami. Denerwuję się, nie rozpoznaję ulic, nie wiem, w którą iść stronę, czas się kurczy.


Rozważam uruchomienie GPS-a w telefonie, ale rezygnuję, w londyńskim City nawet GPS-y głupieją, poza tym nie jestem dobra w podążaniu za GPS-ami, nie ufam im, rozpraszają mnie. Zresztą, nawet jeśli GPS wskaże mi drogę, bez punktu odniesienia nie będę w stanie określić kierunku, w którym powinnam pójść. A co jest punktem odniesienia? Szklane biurowce jawią się jak Tatry laikowi, rzędy podobnych do siebie szczytów. Tylko góral potrafi je odróżnić. Recepcjoniści, ochroniarze, portierzy są góralami londyńskiego City. Cała reszta to turyści, którzy wpadają tutaj z Richmond, Sevenoaks, Berlina, Dubaju, Tokio.


Zegarek patrzy na mnie błagalnym wzrokiem, sesja pani X zaczyna się o 14:00, mam kilkanaście minut w zapasie i żadnego pomysłu, w którą stronę iść. Stoję na chodniku, mijają mnie posiwiali panowie w drogich płaszczach i blondynki w za ciasnych spódnicach. Blondynki noszą czółenka, a posiwiali panowie sportowe plecaki. Sporo ich się teraz kręci, wracają z późnego lunchu, zasysają ich szklane biurowce. Kątem oka widzę czarnoskórego hipstera w kaszkiecie. Podobają mi się jego pomarańczowe buty i taneczny krok, ruszam za nim. Po przejściu dwóch przecznic postanawiam zerknąć na telefon. Jakimś sposobem zbliżam się do mojej kamienicy, pomiędzy budynkami wyłania się pękata kopuła St Pauls, jestem uradowana. Jeśli tylko uda mi się zbliżyć do katedry, znajdę drogę. Przejdę przez skwerek w kierunku małego centrum handlowego, gdzie jest duży wybór czółenek, plecaków i drogich płaszczy, potem skręcę w lewo i wąską uliczką, na której sprzedają azjatycje kluski, bułeczki z migdałami i biżuterię dojdę to świateł, za którymi stoi mój gregoriański, trzypiętrowy Dom Przemiany. Nazwałam go tak, bo mieszczą się w nim gabinety oferujące wszelkiej maści podejścia terapeutyczne. Ja jestem Polką Psychoanalityczną,swój gabinet dzielę z Francuzką Coachinową, Angielką Integratywną i Elvisem Behavioralnym, który ma alergię na któregoś z moich pacjentów, a być może na mnie. Faktem jest, że w środy, kiedy przejmuje po mnie gabinet, strasznie kicha. Może ma alergię na Dejzi, moją wilczurkę, której sierść, chcąc nie chcąc, przemycam do londyńskiego City?


Z zamyślenia wytrąca mnie widok Karalucha. Jestem w domu! Czarny hipster w pomarańczowych snikersach okazał się moim Aniołem Odnalezienia. Patrzę na zegarek, mam jeszcze pięć minut, hurra, zdążę zrobić siku! Przyspieszam kroku i już wbiegam na schody, kiedy za plecami rozlega się uradowany głos pani X.

‘Pani Agnieszko, a ja panią gonię od Preta (tak zdrabniamy nazwę sieciówki Pret-a-manger), dzień dobry!’

Dzień dobry’ odpowiadam i uśmiecham się do pani X. Nie zrobię siku, ale co tam, przynajmniej jestem na czas, a punktualność na wyspach jest grzecznością królowej i obowiązkiem jej podmiotów.


Londyńskie City, pomrukuje z aprobatą, szepcze mi do ucha, że czas czas to pieniądz, a potem znika za drzwiami Domu Przemiany.

0 views

© 2023 by Knoll & Walters LLP. Proudly created with Wix.com

  • Facebook Social Icon
  • LinkedIn Social Icon