Search
  • Agnieszka Dixon

Zapiski na pokładzie samolotu


Gdzieś nad środkową Europą urywam kawałek czerstwego obwarzanka, na pokładzie samolotu linii Kraków-Bristol dziwnie pusto. W rzędzie numer pięć zamiast sześciu, dwie pasażerki; młoda brunetka z reklamówką i ja z moim czerstwym obwarzankiem. Na reklamówce sąsiadki niebieska gwiazda Davida i adres sklepu z pamiątkami, obwarzanek kupiłam parę godzin wcześniej na Rynku Głównym w Krakowie.


Podaję sprzedawczyni obwarzanków, starszej pani w masce, garść drobnych. Wsuwa je do kieszeni bez słowa, myślę, że może rozsiadł się na nich zabójczy wirus. Monety wydała mi kramarka w Sukiennicach. Kupowałam kolczyki z bursztynem, kramarka przeprosiła za wścibstwo, ale jest ciekawa czy się szczepiłam. Ona nie. Chce być zdrowa i poczeka rok zanim zdecyduje się na szczepienie. Być może w tym wszystkim chodzi o wywołanie bezpłodności. Testy PRC na przykład badają płodność. Ona żałuje tych ludzi, którzy poddali się presji, ona nie robi nic pod przymusem. Przeprasza, że mnie tak zagaduje, ale ludzi mało i nudno jej w budce, zimo jej, piecykiem elektrycznym się dogrzewa. Najgorsze, że dostępu do lekarzy nie ma, syn już od roku na operację kolana czeka.


Odchodzę, a za wydaną resztę kupuję sobie obwarzanka na drogę ponad Europą. Lepszy czerstwy obwarzanek niż panini z mikrofalówki na pokładzie Ryanaira. Być może pasażerka od reklamówki z gwiazdą Dawida robiła zakupy na Kazimierzu – dawnej żydowskiej dzielnicy Krakowa. Może wracała przez Rynek Główny i też kupiła bursztyny u mojej kramarki. Może zapłaciła monetami, za które kupiłam obwarzanka. Dawniej sprzedawcy obwarzanków uśmiechali się, chciwie przeliczali monety, zagadywali dziewczyny. Teraz noszą maski, więc kto wie, może wykrzywiają się na klientów, może żują gumę. Kramarka nie nosi maseczek, robi się od nich grzyb w płucach.


Trafiam na grubo posolony kawałek, lubię takie najbardziej. Ciekawe, gdzie rosła pszenica, z której upiekli mojego obwarzanka? Może w okolicy Słomnik przy trasie E7, gdzie stoi rozpadająca się synagoga? Czterdzieści lat temu zapytałam Dorosłych, czemu ten brzydki dom bez okien ma gwiazdę wyrzeźbioną nad szczerbą, w której kiedyś były drzwi. Dorośli powiedzieli, że po wojnie nie ma komu go odnowić. Kościół otynkowali, a synagoga dalej szara i pogryzmolona napisami. Za szybko jedziemy, żeby je odczytać. Kościół odnowili, bo wierni są. W synagodze wiernych nie ma. Nikt już nie pamięta, gdzie był cmentarz żydowski, po wojnie rozkradziono nagrobne płyty, dobrze nadały się do wyłożenia podjazdów. Traktory w błocie nie grzęzną. Kto wie, może na tym zapomnianym cmentarzu posadzono pszenicę, z której powstał mój czerstwy obwarzanek? Może prawnuk Żyda, na którym wyrosła pszenica otworzył sklep z pamiątkami na Kazimierzu? Pasażerka obok nie ma pojęcia, że łączy nas czerstwy obwarzanek i koronawirus przeniesiony na dwuzłotówce. W sumie Europie należał się koronawirus za te wszystkie okropieństwa, które zgotowaliśmy sobie i innym. Może to kara za zapomnianą synagogę, za samozadowolenie, za obłudę i przekonanie, że jesteśmy pępkiem świata? My Europejczycy.


Dwie godziny wcześniej, w oczekiwaniu na lot do Bristolu, przeglądam książki w sklepie bezcłowym i trafiam na zbiór esejów Miłosza „Proud To Be A Mammal[1]. Myślę, że ryzykowny ten tytuł. Rydzyk by się oburzył. Człowiek jest przecież najdoskonalszym z boskich dzieł i świat istnieje ku jego uciesze, a ssaki mają zaspokajać ludzkie apetyty. Poprawka, mężczyźni są stworzeniem boskim, my kobiety jesteśmy mutacją żebra. Otwieram na chybił trafił i czytam, że wiadomość o Hiroszimie dotarła do Miłosza, kiedy był w Krakowie. Pisał wtedy scenariusz. Myślę, że też mogłabym napisać esej i zacząć go tak: „Wiadomość o uderzeniu samolotu w wieże World Trade Center dotarła do mnie, kiedy panierowałam pierś z kurczaka w Krakowie. Po podłodze raczkował roczny chłopiec, a opanowana Justyna Pochanke komentowała dramatyczne wydarzenia”.


Dlaczego ja wtedy akurat panierowałam kotlety? Żebym chociaż malowała portret rocznego synka. Ale panierować kurczaka, kiedy ludzie wyskakują z okien płonącego wieżowca? Wiadomość o uderzeniu samolotu nie dotarła do mojego chłopca na poziomie intelektualnym. Pewnie widział w telewizji dym i młodą Justynę Pochanke, ale był zajęty kaczką na kółkach i oczekiwaniem na kotlecik. Uderzenie koronawirusa natomiast dotarło do niego z całą mocą. Studenckie życie wessał laptop, czasy spontanicznych wypadów po Europie minęły. Może bezpowrotnie?


Młodszy chłopiec nie pamięta czasów, kiedy na pokład samolotu wchodziło się z termosem domowej herbaty i bez zdejmowania paska. Nie umie sobie wyobrazić, że lokalizacja człowieka może być nieznana. Jak moja, kiedy poszłam bez pytania do Iwonki, albo kiedy pojechałam stopem do Francji. Rodzice się martwili. Ja się nie martwię, ja otwieram Find Friends na iPhonie i widzę, że chłopiec i pies przecinają polanę za uniwersytetem. Wysyłam sms, że obiad za 15 minut. Kotlecik z kurczaka, niezmienny mimo światowych tragedii.


Ostatni kęs obwarzanka popijam parzoną kawa w papierowym kubku z napisem Lavazza, Torino 1885. W 1885 Freud miał 29 lat, niewiele więcej niż mój student fizyki i filozofii, a Jung miał 10 lat, niewiele mniej niż mój młodszy chłopiec. Freud stracił córkę podczas epidemii hiszpanki, a Jung zwariował na czas trwania pierwszej wojny światowej. Kiedy Amerykanie zrzucali bomby na Hiroszimę i Nagasaki, Freud już nie żył, a Jung budował swoją wieżę w Bollingen. Nie dożyli koronawirusa, ale przecież mieli dosyć absurdów w swoich czasach. Ten czas należy do nas, i też sczerstwieje, jak mój obwarzanek i przeminie jak synagoga w Słomnikach przy tracie E7.


[1] W wolnym tłumaczeniu: „Dumny z bycia ssakiem”

0 views0 comments

Recent Posts

See All