Puste krzesło
- Agnieszka Dixon
- Jan 1
- 5 min read

Podium
Stoimy przy wejściu na podium. Przede nami siedmiu doktorantów psychologii klinicznej, po nich my: Elisabeth, Elaine i ja — doktorantki w dziedzinie Clinical Practice and Research w zakresie psychoanalitycznej terapii. Jestem ósma.Mistrz ceremonii kaleczy moje imię, nadając mu nieco dziecinne brzmienie: „Anjeska”. Ruszam w kierunku dziekana, który czeka na środku podium, podaję mu rękę. Na widowni kilkaset osób. Nie potknij się — myślę sobie.
Idę, słyszę, jak moje obcasy dudnią po drewnianym podeście. W połowie drogi zatrzymuję się i macham w kierunku widowni. Gdzieś tam siedzi mój syn. Nie widzę go, ale wiem, że on widzi mnie. Obok niego puste krzesło, a na nim kamień. Wiem, że tam są.
Żaden z krakowskich uniwersytetów, na których studiowałam, nie organizował ceremonii uzyskania dyplomu. W Wielkiej Brytanii jest inaczej — graduation ceremony gromadzi całe rodziny. Czasem przyjeżdżają z innych krajów i kontynentów.
Ceremonia jest rytuałem przejścia i jako taka potrzebuje świadków, dekoracji i symbolicznego stroju.Mój to doktorski biret z niebieską tasiemką oraz peleryna z niebieskimi wyłogami i czerwonym kapturem. Nie mam słów, żeby opisać te elementy stroju, ale — jak komentuje później moja koleżanka Ana — wyglądam jak muszkieter.
Kiedy godzinę wcześniej spaceruję z synem po dziedzińcu uniwersytetu, czuję dumę. Niewiele osób nosi biret. Magistranci i licencjaci mają czapki z kwadratowym daszkiem.
Schodzę z podium i zataczając koło wracam na swoje miejsce. Oklaski nie milkną. Setki obcych osób są świadkami mojego sukcesu. I mój siedemnastoletni syn, a obok niego puste krzesło. I kamień.
Kamień
Kilka tygodni wcześniej stoję na plaży w Gorleston-on-Sea. Morze jest tego dnia niespokojne, burzy się i pomrukuje, rozbijając fale o kamienie. Nad nim wisi beżowe niebo — takie, jakie lubię najbardziej. Stoimy twarzą w twarz, morze i ja, i toczymy rozmowę. Nie muszę mówić w myślach ani szeptem — szum spienionej wody zagłusza moje słowa. Prawie krzyczę.
Morze niespokojnie słucha, jak rozliczam ten przeklęty rok odchodzenia, ten cudowny rok nowych początków. Trochę się skarżę, a potem wyznaję swoje winy, pytam, co dalej. Morze nie wie, bo skąd ma wiedzieć, czego chcę. Wysoka fala z impetem wali w kamienie pod moimi stopami i obryzguje mi policzki słoną wodą. Płyną zamiast łez, które już się wyczerpały.
„Przecież wiesz, czego chcesz, tylko boisz się przyznać, tylko boisz się spróbować. Wszystkiego się boisz” — mówi morze.
„Nieprawda” — oponuję — „ciągle robię to, czego się boję”.
„No właśnie. Każdy twój krok jest podszyty strachem. Nie byłoby łatwiej iść lekko, z ufnością? Twoje kieszenie są wypchane czarnymi scenariuszami, ciężkimi jak kamienie”.
Dobrze — złoszczę się — to je sobie zabierz, te czarne scenariusze. Zgarniam obiema rękami mokre kamienie i po kolei wrzucam je do wody. Nie nazywam ich, ale każdy z nich zabiera ze sobą fragment lęku przed samotnością, oceną, porażką, wykluczeniem, odrzuceniem, bólem. Ciskam je wściekle we wzburzone fale.
„Zabierz je sobie”.
Przyjmuję. — śmieje się morze — A teraz wreszcie powiedz na głos, czego chcesz.
Zaczynam cicho i rozglądam się po plaży. Tylko jedna para sto metrów ode mnie — nikt nie usłyszy. Oprócz mnie.
Słowa wypływają ze mnie, rozlewają się jak delta rzeki i wpadają do morza. Coraz głośniejsze, coraz bardziej bezczelne. Słucham siebie z niedowierzaniem. A potem sięgam po dwa kolejne kamienie i wrzucam je do wody, składając przysięgę. Czuję wagę tej wykrzyczanej obietnicy — zwiąże mnie na całe życie — ale nie cofam się.
A potem milknę, ogłuszona rykiem morza i swoją zuchwałością. Kim ja jestem — myślę? Ośmieliłam się powiedzieć na głos to, co tliło się pod lękiem i tysiącem wymówek. Co wypowiedziane, staje się — już nie marzeniem, lecz celem, który się powiedzie albo nie.
„I nic nie musisz robić” — mówi morze — „tylko przestań się bać. Zaufaj życiu i żyj”.
Odwracam się od morza i ruszam w kierunku klifu. Potykam się o coś. Pod nogami leży kamień. Większy niż inne, ale zwykły — szary, z białymi oczkami, niesymetrycznie obły. Sięgam po niego i wkładam do kieszeni. Tylko na tyle cię stać? — myślę.
Smutek przychodzi nocą, rozlewa się po moim ciele jak reumatyzm. Nie mam depresji — jestem w żałobie. Noc nie chroni przed smutkiem, ucieczki w działanie udają się tylko dopóki trwa dzień. Przytulam się do poduszki — nic nie pomaga. Wychodzę na papierosa. W drodze powrotnej mój wzrok zahacza o leżący na komodzie kamień. Biorę go do ręki, mieści się w mojej dłoni, jakby miliony lat oszlifowały go tylko dla mnie — doskonałe dopasowanie. Jest zimny, ale stopniowo przyjmuje moje ciepło. Zaciskam dłoń i zasypiamy — ja i kawałek skały, twardej i gładkiej. Nie skruszę jej, a ona mnie nie przygniecie. Nie odejdzie. Jest prawdziwa.
Kiedy budzę się rano, moja dłoń jest pusta. Kamień leży obok na prześcieradle. Biorę go do ręki — jest ciepły.
Niewidzialne przestrzenie
Każdy absolwent ma przydzielone dwa krzesła na widowni; jeśli gości jest więcej, można dokupić miejsca z puli zapasowej lub zwrotów. Wybieram balkon — będą się czuli jak w operze, myślę. Potem staje się jasne, że jeden z moich dwóch gości nie przyjedzie na ceremonię. Mój siedemnastoletni syn zasiądzie na balkonie sam, chyba że zaproszę kogoś innego. Krewni są daleko; zresztą wiele razy słyszałam, że taka pompa to nie dla nich.
Pięć lat samotnych weekendów: czytania, przeprowadzania wywiadów, analizowania danych, spisywania wniosków— aż złożyło się to w trzystustronicowy plik. Obroniłam się dzień po imieninach taty i na kilka tygodni przed jego odejściem. Obiecał, że poczeka — i dotrzymał słowa.„Spełniło się moje marzenie” — powiedział przez telefon w naszej ostatniej rozmowie. — „Jestem z ciebie dumny”.
Tata zrezygnował. Mówił, że doktorat pochłania czas, a on wolał skupić się na pracy u podstaw: szkolnictwie zawodowym, otwieraniu drogi do lepszego życia dla młodzieży bez perspektyw.To był jego wybór.
Od mojego psychoanalityka usłyszałam, że rywalizuję z ojcem. No jasne, wszystko sprowadźmy do kompleksu Edypa, myślałam.
Tata mówił o zjawisku akceleracji: każde pokolenie jest mądrzejsze od poprzedniego — i tak ma być. Największa radość mistrza-nauczyciela to moment, w którym uczeń go przerasta. Niewielu potrafi to wytrzymać. Tata wytrzymał.
Doktor — z łaciny nauczyciel. Bez tytułu, ale tata nim był. Nauczył mnie cieszyć się, gdy moje dzieci sięgają po to, o czym nie śniłam. Gdy moi studenci piszą lepsze eseje ode mnie. Gdy moi pacjenci mają głębsze wglądy.
Moja praca doktorska jest zatytułowana Unseen Spaces — Niewidoczne miejsca albo Niewidzialne przestrzenie. Tata zanotował ten tytuł w swoim ostatnim notesie, kiedy jeszcze mógł utrzymać pióro w dłoni.
Dobry — mówił. — Bardzo dobry.
Jest warta książki — usłyszałam od egzaminatorów — będzie pomocna w szkoleniu następnej generacji psychoterapeutów. Oświetliłam ciemny kąt i wydobyłam coś cennego.
Puste krzesło
W ostatniej chwili proszę syna, żeby położył na pustym krześle mój kamień.— I zrób zdjęcie — mówię. — Wiem, że kiedyś opiszę ten dzień: tę radość i ten ból.
Moi przyjaciele proponują, że zajmą puste krzesło. Zabieram ich ze sobą symbolicznie, do torebki: dziurkowane okulary, notesik i Niedźwiedzie Pióro. Oglądają transmisję z ceremonii; przez WhatsApp płyną ciepłe słowa. Inni ważni ludzie milczą dziś jak zaklęci. Może byli ważni tylko dla mnie? Takie momenty pokazują, czy nurt biegnie w obie strony.
Krzesło pozostanie puste. Nie jako symbol braku, ale przestrzeni gotowej na przyjęcie nowego. Miejsca, które zaprasza tego, kto będzie chciał na nim usiąść bez przymusu i nie z obowiązku. Nie z przyzwyczajenia. Tego, który nie będzie podważał moich wyborów ani ośmieszał moich ambicji. Tego, który zobaczy mnie we wszystkich moich odsłonach i przyjmie każdą z nich.
Puste krzesło, a na nim kamień — nieskruszony jak miłość: cierpliwa, cicha, lojalna, niezawłaszczająca. Niedomagająca się deklaracji, definicji, ofiary. Miłość, która przyjmuje i oddaje ciepło. Taka, która mieści się w mojej dłoni, jakby miliony lat oszlifowały ją po to, abyśmy zasnęli razem i obudzili się we wspólnym świecie. Jest gdzieś w tych niewidzialnych przestrzeniach — i kiedyś ją wydobędę.
W końcu jestem doktorem od rzucania światła na to, co ukryte.


Comments