Teoria Ostatniego Czwartku
- Agnieszka Dixon
- Jan 1
- 5 min read

Jest taki eksperyment myślowy z pogranicza fizyki i filozofii, który szczególnie lubię, chociaż dla wielu wydaje się pozbawiony sensu.O co chodzi? Wyobraź sobie, że wszechświat został stworzony w ostatni czwartek – w stanie, w jakim widzimy go teraz –z całą historią, artefaktami i fotografiami. Każde nasze wspomnienie, jak w grze komputerowej, zostało zakodowane przez Głównego Programistę. Budzisz się w czwartek rano z poczuciem pamięci, a to tylko software.
Teoria Ostatniego Czwartku jest przewrotna, nie daje się obalić. Każdy dowód tylko ją potwierdza.
Jaki byłby twój świat, gdybyś dowiedział się, że wszystko, co pamiętasz, jest fantazją Głównego Programisty? Nie tylko złe, ale i najpiękniejsze chwile? Z tych drugich trudniej zrezygnować, rozumiem, ale…
Wolę wątpić w realność pięknych wspomnień niż nieść pewność, że to, co złe, wydarzyło się naprawdę. I mieć czystą kartę. Obudzić się w czwartek z poczuciem, że moje życie właśnie się zaczęło. Ze świadomością, że ode mnie zależy treść dnia. Stanąć twarzą w twarz z osobą, która mnie zawiodła, i pomyśleć: to tylko fałszywe wspomnienia. Główny Programista chciał nas skłócić.
Opowiedziałam o Teorii Ostatniego Czwartku moim znajomym i … nie wszystkim się spodobała. Usłyszałam, że to naiwny eskapizm i banalizacja rzeczywistości. Zgadzam się. I co z tego?
Określenie „naiwny” w potocznym rozumieniu nie jest komplementem. Oznacza łatwowierność i dziecinne zaufanie. To prawda – małe dzieci ufają wszystkim – nie mają doświadczenia, które działa, jak algorytm Spotify. Owszem, historia lubi (choć nie musi) się powtarzać, ale jeśli oprzeć się na przywołanej teorii – jakie to ma znaczenie? I tak w czwartek wszystko się wyzeruje.
Jesteśmy w świąteczno-noworocznym okresie, który osobiście lubię; wiem jednak, że dla wielu jest to najgorszy czas w roku. Tradycja spotkań rodzinnych stała się papierkiem lakmusowym statusu społecznego i barometrem relacji. Płynące strumieniem z mediów obrazy szczęśliwych rodzin w identycznych piżamach, siedzących po turecku między kominkiem a zamordowanym siekierą świerkiem, reklamy przysmaków i zdjęcia stosów prezentów przypominających jesienny Beskid – nawet najzdrowszego człowieka mogą doprowadzić do rozpaczy i samozwątpienia.
Czy popsuję rodzicom święta, jeśli wyjadę na narty?Czy dam radę zjeść dwa zestawy wigilijne – jeden u rodziców, drugi u teściów?Czy moje dziecko spędza święta z kimś innym, bo mnie nie kocha?Ilu prezentów domaga się miłość?
Ludzie zaczynają rozwijać symptomy ostrego stresu przedświątecznego już w połowie listopada. Samotni chcą zapaść się pod ziemię, by nie musieć odrzucać wystosowanych z litości (i dla podkręcenia egotycznego kontrastu) zaproszeń do wigilijnego stołu. Pary kłócą się, kiedy i do kogo.
Żeby było mało, w mediach społecznościowych wysypują się rady, jak podsumować stary rok i jakie zrobić postanowienia na nowy – z adnotacją, że i tak ich nie dotrzymamy. Poczucie bankructwa ubiegłego roku i antycypowana porażka następnego. Presja.
Jest 21 grudnia, gdy piszę te słowa. Nie mam jeszcze choinki. W moim domu rodzinnym ubieraliśmy ją z tatą w Wigilię rano, kiedy mama robiła pierogi. Potem tata katrupił karpie i zwykle sam je zjadał – współczucie ością stawało mi w gardle. Pod choinką leżały cztery prezenty – po jednym dla każdego. Oglądaliśmy razem telewizję (w latach 80. była to wiodąca domowa rozrywka), a w Boże Narodzenie każdy jadł, co chciał, kiedy chciał, i robił, co chciał.
Czasem spotykaliśmy się wszyscy w jednym pokoju i coś razem oglądaliśmy, czasem rodzice ucinali sobie drzemkę za zamkniętymi drzwiami (w co naiwnie wierzyłam). Był spokój i luz. W święta nikt nie pił alkoholu i nie było wizyt rodziny oddalonej o setki kilometrów. Nie było odwiedzania krewnych, za którymi się nie przepada.
Może dlatego lubię święta – wolność bycia blisko bez sklejenia i przymusu. Bez potrzeby udowadniania sobie, że jesteśmy szczęśliwą rodziną. Byliśmy? Bywaliśmy.
A w Sylwestra rodzice zostawiali moją starszą siostrę i mnie same i szli się bawić z przyjaciółmi. Miałyśmy pepsi, pomarańcze i telewizor do dyspozycji. Uwielbiałam Sylwestra.
W tym roku Boże Narodzenie i Nowy Rok wypadają w czwartek. Fantastycznie. Nie wiem, jak wy, ale ja obudzę się w pachnącej nowością rzeczywistości i pomyślę sobie: pora zobaczyć ten świat. Spojrzę na moje dzieci, jakbym widziała je po raz pierwszy. Zeskrobię z zimnego pieroga zastygłe masło i zjem go z ciekawością, jak smakują grzyby wymieszane z kapustą. Wyjdę na spacer do parku i po raz pierwszy zobaczę drzewa. Zachwycę się nimi.
Może ktoś zadzwoni albo wyśle wiadomość. Pomyślę: warto poznać tego człowieka. Główny Programista przypisał nam jakąś historię, ale dał też wybór, czy każdy kolejny krok ma być kontynuacją scenariusza. Będę uważna na to, jak się czuję w towarzystwie tego człowieka – lekko, czy z niejasnym wrażeniem, że aby go zadowolić, muszę coś w sobie zmienić. Jeśli to drugie, odwrócę się na pięcie.
„Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr” – mówiła moja babcia. Nie znała Teorii Ostatniego Czwartku. Nie rozpamiętywała, nie zastanawiała się, co by było, gdyby. Żyła dniem i przyrodą.
Przyznaję, przez wiele lat robiłam szczegółowe rejestry krzywd i wykroczeń i trudno mi było zobaczyć świat bez filtra. W końcu machnęłam ręką na to, co było, a nie jest i życie stało się prostsze. Owszem, pamiętam – ale ze świadomością, że przeszłości nie da się zmienić. Zresztą, czy teraźniejszość naprawdę tego potrzebuje?
W Sylwestra nie spisuję postanowień. Zastanawiam się raczej, czego jeszcze chcę doświadczyć w tym odnawialnym świecie. Spisuję to na karteczce, spalam ją, a popiół wrzucam do kieliszka, do którego – gdy wybije północ – wlewam bezalkoholowe prosecco marki Kylie. Wypijam z popiołem. Następnego dnia nie pamiętam, co było na karteczce. Weryfikacja spełnialności marzeń – to byłby niepotrzebny bilans. Nie sądzę, żeby Główny Programista był księgowym. Jest raczej kreatywnym dzieciakiem, który czasem popełnia błędy w kodowaniu.
Niezaprzeczalnie za to wiem, jak każdego dnia czuję się w moim świecie. Jeśli źle, zastanawiam się, co mogę zmienić. Jeśli dobrze, wysyłam mentalnego całusa do Głównego Programisty: „Dobrze mnie zaprojektowałeś. Dzięki”.
Bo niezależnie od tego, czy nasz wszechświat odnawia się co czwartek, czy jest kontynuacją, mamy tylko dzisiejszy dzień, teraźniejszych ludzi i to, co jest obok.
Wybieram życie bez filtrów przeszłych zdarzeń – jak wtedy, gdy miałam kilka lat i świat był krainą cudowności.
So close, no matter how far
It couldn’t be much more from the heart
Forever trusting who we are
And nothing else matters
Never cared for what they do
Never cared for what they know
But I know
I never opened myself this way
Life is ours, we live it our way
All these words, I don’t just say
And nothing else matters
Trust I seek and I find in you
Every day for us something new
Open mind for a different view
And nothing else matters
(Tak blisko, choćby daleko
To, co jest płynie z serca
Na zawsze wiemy, kim jesteśmy
I nic więcej się nie liczy
Nie obchodziło mnie, co robią inni
Nie obchodziło mnie, co wiedzą
Ale wiem jedno
Nigdy wcześniej nie otworzyłem się tak
Życie należy do nas, idziemy własną drogą
Te słowa nie są rzucone na wiatr
I nic więcej się nie liczy
Szukam zaufania — i odnajduję je w tobie
Każdy dzień przynosi nam coś nowego
Umysł otwarty na inne widzenie świata
I nic więcej się nie liczy)
James Hetfield & Lars Ulrich, 1991

Comments